wtorek, 28 marca 2017

Jak słońce

Rodzaj: one-shot/miniaturka, fanfiction
Seria: Captive Prince (C. S. Pacat)
Pairing: Damen/Laurent
Gatunki: smutny fluff, ale fluff
Słów: 1870

Z dedykacją dla Ani! ♥ jedynej czytelniczki

***

      Laurenta z lekkiego półsnu wybudziło ugięcie się materaca, spowodowane powolnym ruchem ciepłego ciała leżącego obok. Jego ospały umysł potrzebował kilku sekund, żeby przypomnieć sobie, gdzie był i do kogo należał równy, cichy oddech będący jednym z niewielu dźwięków w pogrążonym w ciszy pomieszczeniu. Dopiero gdy uporządkował myśli, pozwolił się sobie zrelaksować. Po kilku chwilach, podczas których walczył z powracającą sennością, z pewnym wysiłkiem uchylił powieki. Pierwszym, na co padł jego wzrok, była znajoma czupryna ciemnych, prawie czarnych włosów, spoczywająca na poduszce tuż obok niego.
      Damen leżał na prawym boku, odwrócony do niego plecami, i oddychał głęboko. Wpadające przez okna promienie porannego słońca oświetlały jego postać oraz ich posłanie, tworząc cienie na wymiętej pościeli, nagromadzonej głównie przy ich nogach i biodrach. Letnie noce w Ios były na tyle ciepłe, że mogli spać przykryci tylko w połowie, nago.
      Było jeszcze wcześnie, co Laurent wywnioskował choćby po tym, że nie zdążyło się zrobić gorąco. Z zewnątrz słyszał cichutkie ćwierkanie ptaków i dalsze, przytłumione odgłosy powolnego harmidru, który towarzyszył pałacowi budzącemu się do życia. Ich komnata była pełna przyjemnego światła, w którym pod odpowiednim kątem widoczne były drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Laurent obserwował je leniwie przez kilka chwil, przewróciwszy się na plecy. Potem obrócił głowę, wtulając policzek w miękką poduszkę, i spojrzał ponownie na mężczyznę leżącego obok niego.
      Damen był pogrążony we śnie, a jego klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała z każdym oddechem. Wśród jasnej, kremowej pościeli jego ciemna karnacja tworzyła przyjemny kontrast, a pukle jego włosów wyglądały na tyle miękko i zachęcająco, że Laurent rozważyłby wsunięcie w nie palców, gdyby nie to, że nie chciał jeszcze wyrywać go ze snu. Zawsze lubił budzić się pierwszy, obserwować Damena przez jakiś czas, dawać sobie moment na ułożenie w głowie myśli, czasem dotyczących tego, co działo się między nimi poprzedniej nocy. Dzisiaj również potrzebował takiej chwili.
      Tym, co nie pasowało do jego drobnej, porannej rutyny, była pozycja, w jakiej leżeli. Laurent najczęściej otwierał oczy do widoku twarzy Damena, jego przystojnych rysów, pełnych ust i długich, ciemnych rzęs, które uważał za naprawdę ładne, ale nigdy mu tego nie powiedział. Czasem mężczyzna spał na plecach, czasem to Laurent obracał się na bok, przesuwając się bliżej krawędzi łóżka, gdy robiło mu się zbyt ciepło przez duże, rozgrzane ciało leżące przy nim. Rzadko natomiast to Damen spał obrócony do niego plecami. Czasem mówił, że lubił mieć go w zasięgu wzroku.
      Tego poranka było inaczej i Laurent, chcąc nie chcąc, miał dobry widok na szerokie, zgrabne plecy pokryte okropnymi bliznami.
      Jego wzrok zatrzymał się na podłużnych, wypukłych pręgach odznaczających się na gładkiej niegdyś skórze. Z czasem nabrały ciepłego koloru skóry Damena i przestały rzucać się w oczy, jednak wciąż pozostały widoczne i to miało się już nie zmienić. Nie był to pierwszy raz, kiedy Laurent im się przyglądał, i pewnie nie ostatni. Kiedyś unikali rozmawiania o nich, nie chcąc wracać do wspomnień o chłoście, z której Damen ledwo uszedł z życiem, a którą wykonano z polecenia Laurenta. Z czasem temat przestał być tak wrażliwy i wrócił, a oni spędzili odpowiednią ilość czasu na rozmowie, podczas której dotykał łagodnie jego blizn, czując wyraźnie wypukłości pod opuszkami palców. Dotyk wzmocnił się, gdy pewnej wyjątkowo parszywej nocy Damen obudził się z bólem pleców, przez który odezwały się dawne rany, i to Laurent był tym, który wmasowywał w jego blizny maść. Dotyk był jeszcze mocniejszy, gdy kochali się, a on trzymał drżące dłonie na jego plecach, zaciskając na nich palce. Gdy wyczuwał pod nimi znajome pręgi, w jego brzuchu coś zawsze przewracało się nieprzyjemnie, bo wracały konkretne wspomnienia. Nigdy jednak nie poświęcał im więcej uwagi, przytłoczony intensywnością wszystkiego, co dawał mu Damen.
      Były też takie chwile jak dzisiaj, gdy wzrok Laurenta wędrował powoli po znajomych plecach, a on ze spokojem pozwalał swoim myślom płynąć. W takich momentach był dobitnie świadom tego, przez ile obaj musieli przejść, zanim wszystko zaczęło wyglądać tak, jak teraz. Nie miał wyrzutów sumienia, patrząc na te blizny — Damen przekonał go, że nie powinien mieć, bo przeszłość była zamkniętym rozdziałem, w którym wszystko było inne, a Laurent nie miał żadnego powodu, żeby traktować go z miłością. Jego logiczny umysł wiedział, że Damen miał słuszność.
      Jednocześnie, czasem odczuwał żal, który trudno było ująć w słowa. Żal, bo było coś przykrego w patrzeniu na tak dobrą, rozsądną, czułą (może nawet przesadnie) osobę jak Damen, którego plecy przypominały o tym, że cierpiał katusze. Żal, bo ludzie dostrzegali blizny i wiedzieli o tym, co musiał znieść, i czasem też o tym, przez kogo musiał to znieść. Laurent już do końca życia będzie musiał znosić ukradkowe spojrzenia Nikandrosa, za każdym razem, gdy mężczyzna dostrzeże blizny, które nie zawsze zakrywał materiał ubrań jego króla.
      I było mu też żal, bo przez blizny całkowite zapomnienie o tym, co się wydarzyło, było niemożliwe. Nieważne, że obiecali sobie, że nie będą chować do siebie urazy, sam fakt istnienia śladów na plecach Damena sprawiał, że wspomnienie miało wisieć między nimi już na zawsze. Laurent czasem zastanawiał się, czy dźwięk bicza trafiającego w skórę i palący ból wciąż wracały do Damena w snach, tak jak do niego wracały jego własne demony. Być może tak, a może to tylko Laurent był na tyle słaby, że pozwalał koszmarom wkradać się do swojej głowy, by potem budzić się z trzęsącymi się dłońmi i nierównym oddechem, ale ze znajomym ciepłem obok, z parą zatroskanych oczu wpatrującą się w niego w blasku księżyca i z cichym, niskim głosem pytającym, czy wszystko w porządku. Czasem nie było w porządku, ale wtedy czekały na niego silne ramiona, znajome ciało i kojące, pełne czułości słowa.
      Laurent nigdy nawet nie podejrzewał, że to będzie tak skutecznie pomagać. Że Damen podczas takich nocy stanie się dla niego niezbędny.
      Na szczęście w ostatnim tygodniu potrafił spać spokojnie. Zdarzało się, że po ich nocnych eksperymentach był tak wykończony, że w ogóle nie miał siły na sny. Dzisiejszego poranka również obudził się z czystym umysłem, może trochę zmęczony, ale pozbawiony negatywnych uczuć. Gdy zdał sobie sprawę, że jego przemyślenia zaczynają zmierzać w niewesołym kierunku, postanowił je zakończyć.
      Przysunął się do śpiącego Damena, po czym delikatnie wsunął dłoń między jego łokieć a ciepłą skórę na jego boku, co sprawiło, że mężczyzna lekko drgnął. Laurent po krótkiej chwili wahania pocałował jego plecy, czując jedną z drobniejszych blizn pod wrażliwymi wargami. Potem przesunął usta wyżej, na jego kark, gdzie również złożył pocałunek, lżejszy, ale dłuższy. W końcu oparł czoło o tył głowy Damena, czując na skórze jego miękkie, kręcące się nieco włosy, łaskoczące jego powieki. Z nosem przy jego karku, wziął głęboki, wolny oddech.
      Damen pachniał jak słońce i Laurent nigdy nie umiał wytłumaczyć dlaczego. Wcześniej nie zwracał na to uwagi, ale im więcej poranków spędził z nim właśnie w ten sposób, tym lepiej poznał zapach jego ciała. Gdyby chciał jakoś ładnie ująć to w słowa, może powiedziałby, że skóra Damena łapała światło słoneczne i pochłaniała je, sprawiając, że zawsze był taki ciepły i pogodny w stosunku do niego, ale Laurent nie musiał być uczonym, żeby wiedzieć, że to było raczej średnio prawdopodobne. Na szczęście nikt nie wiedział o jego poetyckich przebłyskach, zaskakiwały nawet jego samego.
      Chyba dlatego, że półświadomie zaczął sunąć nosem po karku Damena, łaskocząc go, usłyszał po chwili:
      — Laurent?
      Spiął się na dosłownie chwilę, bo zdał sobie sprawę z tego, że mógł robić coś niewłaściwego. Albo nie, po prostu niepasującego do tego, jak zachowywał się zazwyczaj, bo wiedział, że wszystkie czułości z jego strony Damen przyjmował z zadowoleniem. Wstrzymał oddech, gdy nieruchome wcześniej ciało poruszyło się, rozbudzone, zaraz przewracając się na plecy i obracając w jego kierunku. Para ciemnych, zaspanych oczu spojrzała na niego.
      — Damen — powiedział po prostu, cicho. Pomyślał, że to mogło nie wystarczyć, więc dodał: — Dzień dobry.
      W odpowiedzi otrzymał leniwy, najsłodszy uśmiech. Na widok dołeczków w jego policzkach i drobnych zmarszczek przy ustach i oczach nie mógł powstrzymać drgnięcia swojego serca. Może dlatego, że był trochę melancholijny przez swoje wcześniejsze myśli i  uświadomił sobie, iż mimo wszystkiego, co mu zrobił, Damen wciąż uśmiechał się do niego, jakby widok Laurenta leżącego obok niego w łóżku był wszystkim, co chciał zobaczyć po przebudzeniu.
      Laurent jeszcze dziwniej czuł się, wiedząc, że rzeczywiście tak było.
      — Mogłem się nie ruszać — odezwał się Damen, głosem wciąż zachrypniętym od snu. — Byłeś taki miły.
      Odchrząknął cicho, a skrępowanie na szczęście udało mu się schować pod swoją wypracowaną maską.
      — Nawet ja mam chwile, w których jestem miły — odpowiedział tonem, który sprawił, że Damen zaśmiał się bezdźwięcznie. Drobne zmarszczki w kącikach jego oczu zrobiły się wyraźniejsze i Laurent przez chwilę nie mógł przestać na nie patrzeć. W takich momentach przypominał sobie, że Damen był od niego starszy.
      — Oczywiście. Czekam na każdą taką chwilę z niecierpliwością. — Uniósł dłoń, którą dotknął łagodnie jego policzka. Laurent przymknął oczy, czując szorstkawe palce gładzące jego miękką skórę, i pozwolił sobie na delikatny uśmiech, bo nagle poczuł wszystkie pozytywne emocje, jakie się w nim pojawiły. Zawstydzenie, ale też spokój, zadowolenie. I przede wszystkim to, że przy Damenie czuł się kochany, a nie było tak nigdy z nikim innym.
      Usłyszał szelest pościeli, gdy przysuwał się, żeby pocałować go w czoło. Jego usta zawsze były tak zaskakująco miękkie w porównaniu do tego, jaki był duży i męski, ale Laurent właśnie to w nim lubił — że mimo bycia żołnierzem, który bez wahania odbierał życia, mimo jego zdecydowania, którego wymagało bycie królem, dla niego Damen bez trudu znajdywał niekończące się pokłady czułości. To sprawiało, że czuł się specjalny; podpowiadało mu, że jego uczucie było trwałe.
      — Jak ci się spało? — zapytał Damen, nie wiedząc, jakie sentymentalne myśli chodziły mu teraz po głowie. Zresztą rzadko ktokolwiek wiedział, Laurent umiał zbyt dobrze udawać, że nic nie czuje.
      — Dobrze, bo tym razem mnie nie przygniotłeś swoim ciężkim cielskiem — odparł, patrząc na niego złośliwie, ale Damen tylko się uśmiechnął. Laurent zdążył się nauczyć, że rano było dość ciężko go sprowokować, bo był zbyt zachwycony jego obecnością przy nim.
      Jak szczeniak, pomyślał, odpychając od siebie rozczulenie. Mimo że już tyle czasu jesteśmy razem.
      Jego myśli potwierdziły się, gdy Damen, nie przestając się uśmiechać, objął go ramieniem i przyciągnął do swojego nagiego torsu. Przytulili się, Laurent z nosem wciśniętym w skórę między jego obojczykiem a szyją, Damen z dłonią w jego złotych włosach, które zdążyły nieźle podrosnąć, odkąd stwierdził, że chciałby kiedyś zobaczyć go w warkoczu. Oddychali spokojnie, a on czuł, że Damen naprawdę pachnie jak słońce. To było tak głupio, zabawnie przyjemne.
      — Wstajemy? — usłyszał po chwili niezbyt entuzjastyczny głos, po którym od razu zrozumiał, że Damen tak naprawdę nie chciał się ruszać z łóżka przez najbliższą godzinę, ale pytał dlatego, że wypadało. Zdusił śmiech, i chociaż sam nie miałby problemu ze wstaniem dokładnie w tej sekundzie, bo obaj mieli swoje obowiązki, które pewnie niedługo miały same się odezwać... Postanowił tym razem pozwolić sobie na chwilę lenistwa i odparł spokojnie, wtulając policzek w jego klatkę piersiową:
      — Nie, poleżmy tutaj, aż ktoś po nas nie przyjdzie.
      Damen musiał być zaskoczony, bo Laurent nieczęsto mówił takie rzeczy, ale nie dał tego po sobie poznać, może z dziecinnej obawy, że zmieni zdanie. Zgodził się za to szczęśliwym pomrukiem i przytulił go mocniej, całując go w czubek głowy, na której Laurent zaraz poczuł jego ciepły oddech.
      Uśmiechnął się, pozwalając sobie zupełnie zrelaksować się w jego objęciach.
      Obowiązki nie uciekną, pomyślał.




***

Wyręczę Was: zła Ruttan wciąż nie pisze Rozmów!!!
A tak na poważniej, skończyłam czytać trzeci tom serii Captive Prince i byłam tak sfrustrowana samym faktem, że się skończyło, że chciałam rzucić książką przez pokój. Nie rzuciłam, ale przez dłuższy okres byłam nieźle podkurwiona. Może wciąż trochę jestem. Ten fik to taka próba ukojenia moich nerwów, pisałam go wczoraj w nocy zamiast spać (i teraz zdycham). Wciąż nie znam różnicy między one-shotem a miniaturką, więc dałam oba w opisie, bo to najkrótszy fik, jaki tutaj opublikowałam, i tak mi pasowało.
Ogólnie to wiem, że ta seria nie jest nawet przetłumaczona na polski i praktycznie nikt o niej w Polsce nie słyszał, nawet w gejowskich fandomach, więc nie liczę na jakiś wielki odzew (chyba że chcecie mnie zhejcić), ale jakbyście jednak przeczytali i Wam się podobało, dajcie znać. Nawet jeśli nie znacie tej serii, będę wdzięczna za opinie co do samego tekstu.
A CO DO SAMEGO CAPTIVE PRINCE, TA SERIA SPRAWIŁA, ŻE UMARŁAM I ZMARTWYCHWSTAŁAM, ZAPOMINAJĄC NA JAKIŚ CZAS O BEZSENSIE EGZYSTENCJI, więc jeśli chcecie do czytania coś świetnego, niecodziennego, nieprzewidywalnego, wciągającego do bólu, z cudownie wykreowanymi, nieszablonowymi postaciami, z ZAJEBISTYM GEJOWSKIM ROMANSEM ( ͡° ͜ʖ ͡°) (kanonowym) i fabułą, która sprawiła, że zerwałam się raz z biologii, żeby czytać, polecam :) Nie bójcie się angielskiego, warto.
Dobra, zamykam się już.
Do następnego!